Po pierwszej zbiórce przyszła druga, potem trzecie i kolejna. Choć rodzice zawsze dbali o nasz czas wolny – basen itp, to jednak bycie zuchem było czymś zupełnie innym. Miało w sobie to coś, co podobało mi się w książkach – przygodę. A książki przecież uwielbiałem.

Razem z Jędrkiem umieliśmy czytać już przed zerówką, także w pierwszej klasie pochłanialiśmy już całe tomiska. A co? Oczywiście Pana Samochodzika! Pierwsza napatoczyła się “Wyspa Złoczyńców”. Wyglądała z półki ze swoją białą okładką i narysowanym na niej wehikułem. Wyglądała, wyglądała, aż w końcu zdecydowałem się po nią sięgnąć. I zostałem nią oczarowany. A kiedy smutny że już się skończyła zagadałem z Jędrkiem, dowiedziałem się… że to dopiero początek serii! Wow! Za chwilę już czytałem “Pana Samochodzika i Templariuszy”, potem “Księgę Strachów”, “Niesamowity Dwór” i kolejne części. Jędrek miał kilka w domu (niezapomniany i chyba jego ulubiony “Fantomas” który leżał zawsze w kiblu 😉 ), resztę znaleźliśmy w bibliotece osiedlowej (chciałbym teraz uczynić dygresję o tym cudnym miejscu pachnącym starym papierem i pastą do podłogi ale i tak już zbyt daleko odszedłem od tematu!). W każdym razie przygoda była czymś czego koniecznie pożądałem i za czym tęskniłem. A kto nie tęsknił?

Dziś może to wydawać się śmieszne, ale przygodą było wtedy nawet polowanie na morsa, które odbyło się kiedyś na boisku. “Krwawy trop” na śniegu i w końcu mors. Niby tekturowy, wiadomo że nieprawdziwy, ale jakoś tajemniczy.

W ogóle muszę przyznać, że przygoda zuchowa ma do siebie to, że częściowo w nią wierzysz. W harcerstwie wszystko jest grą – wiadomo że to gra, że ma zasady, że to nieprawda. Zuchy częściowo we wszystko wierzą. I to czyni sprawę tak niesamowitą. Ale wróćmy może do mojej historii.

Wiosną 1985 roku odbył się rajd nad Wisłę. (Tu muszę nadmienić, że w moim środowisku, nie zwykło się jakoś nazywać “rajdem” tylko “imprez zorganizowanych posiadających co najmniej dwie trasy, kończące się we wspólnym miejscu”. Nie używaliśmy właściwie słowa “biwak” które brzmiało jakoś oldskulowo, czy “wycieczka” która była wybitnie “cywilna”). Tak więc wspomniany rajd miał na celu topienie marzanny. Marzanna Marzanną, ważniejsze było co innego. Otóż nagle druhna zapytała się czy… jesteśmy gotowi złożyć Obietnicę Zucha. NO BA! I właśnie wtedy (zresztą w towarzystwie mojej Mamy, która pojechała wtedy jako opiekunka) razem z Jędrkiem staliśmy się pełnoprawnymi ZUCHAMI.

I wszystko byłoby rzeczywiście super, gdyby nie… plany moich rodziców. Nie chcę robić z nich tyranów, bo to zupełna nieprawda – tym bardziej, że bardzo nie protestowałem – ale zacząłem chodzić na zajęcia do Pałacu Młodzieży. Sęk w tym, że zajęcia odbywały się dokładnie wtedy, gdy zbiórki 🙁 I to jakie zajęcia – plastyka. Tak, przez rok czasu chodziłem na malowanie i tworzyłem obrazy! Bez specjalnych rezultatów, choć może to właśnie miało jakiś wpływ na moją przyszłość i związanie z grafiką? Tak, czy inaczej przez cały rok trwała moja kompletna przerwa od harcerstwa. I to spowodowało, że Jędrek zdobył pierwszą gwiazdkę – A JA NIE! Nie byłem o nią jakoś chorobliwie zazdrosny, choć rzeczywiście bardzo chciałem ją mieć. Gdy ją zdobyłem – on miał już drugą. Potem trzecią. Potem od razu Krzyż… Dogoniłem go dopiero w okolicy H.O. – ale muszę powiedzieć że to nasze wzajemne mobilizowanie się spowodowało, że ze stopniami nigdy się nie ociągaliśmy i naprawdę realizowaliśmy je jak się dało. I tu – młode dziatki czytające bloga – bierzcie z nas przykład 😀