– Niestety – odzywa się doktor, patrząc spod okularów. – Wasza organizacja cierpi na zjazdozę.

Ukułem ten termin dzisiaj rano, czytając wpis Jacka Smury dotyczący zbliżającego się zjazdu. Zjazdu, który niestety nie po raz pierwszy odbędzie się nie tak jak powinien. I nie chodzi mi tym razem o sam wybór władz, czy powody jego zwołania. Chodzi o sprawę szerszą i powtarzającą się od lat. Chodzi o to, że my chyba nie do końca rozumiemy do czego służy zjazd.

Zjazd organizacji jest najwyższą władzą. To całkiem oczywiste i nie trzeba chyba tego nikomu tłumaczyć. To znaczy trzeba i nie trzeba – wprowadzony do statutu hamulec pozwalający garstce chorągwi zaciągać hamulec awaryjny jest trochę podważaniem wyborów zjazdu, ale o tym już pisałem wczoraj. Dziś chciałbym napisać o czymś innym.

W sieci pojawiło się mnóstwo głosów w stylu „nie roztrząsajmy tego, poczekajmy do zjazdu”. Tak jakby zjazd miał być panaceum na wszystko. Jakby rzeczywiście w ciągu tych dwóch dni wszystko miało się wyjaśnić, naprawić i zostać przedyskutowane. Druhny i druhowie – to absurd.

Byłem w swoim życiu na kilku zjazdach różnych szczebli, obserwowałem online kilka, na jednym miałem nawet zaszczyt kandydować do władz naczelnych. Opiszę Wam więc jak to wygląda, lub tym którzy byli – przypomnę.

Zjazd to NIE JEST miejsce na prowadzenie długich, wnikliwych i rzeczowych dyskusji.

Z dwóch powodów: nie ma na to ani czasu, ani warunków.

Nie ma czasu, bo zazwyczaj jest mnóstwo tematów do omówienia i jedynie kilka dni. Przy czym zazwyczaj wygląda to tak, że obrady trwają do późnych godzin nocnych, gdzie – pardon – umysły instruktorów już pierwszej świeżości nie są. Nie dziwne, większość z nas nie funkcjonuje zbyt dobrze po całym dniu wytężonej pracy umysłowej, szczególnie w okolicy północy. W niedzielę natomiast większość myśli już o czekających w domu pierogach i ciepłych kapciach, albo po prostu o pociągu, który zaraz ucieknie.

Zjazd to nie jest zazwyczaj miejsce konstruktywnej dyskusji. To dyskusja rodem z sejmu – pełna formalności, udzielania głosu, limitów czasowych i tym podobnych. I prawdę mówiąc często właśnie jak dyskusja sejmowa wygląda 🙁 A to chyba nie jest dobre odniesienie.

Zjazd to też nie jest miejsce dyskusji całego związku. Owszem, delegaci reprezentują drużynowych, ale nie są w stanie uzgodnić z nimi wszelkich pojawiających się stanowisk czy propozycji, bo niby jak?

Zjazd to nie jest w końcu miejsce na tworzenie jakichkolwiek projektów, czy planów. To wszystko powinno odbywać się wcześniej. W spokoju, z rozmysłem, z konsultacjami. Niestety nie raz i nie dwa widziałem – zamiast proponowania i prezentowana wcześniej przyjętych planów – zgłaszanie pojedynczych uchwał, nie trzymających się niczego, pisanych na kolanie niczym praca domowa przez mało pilnego ucznia.

Ta całą atmosfera niepewności, głosowań, zmęczenia, czy wręcz nieogarniania wszystkiego przez część instruktorów (żaden wstyd, ja też często się gubiłem na zjazdach nie wiedząc za czym w końcu głosujemy) sprzyja politykierstwu i rozgrywaniu gierek przez różne stronnictwa. I tym chyba brzydzę się najbardziej.

***

To zupełnie nie tak powinno wyglądać. Zjazd – żaden – nie powinien pojawiać się nagle, jak królik wyciągnięty z kapelusza. Kandydaci nie powinni pojawiać się nagle (kiedyś bywało tak, że pojawiali się dopiero na zjeździe), propozycje zmian w statucie, nie mówiąc o dyskusji programowej, powinny odbywać się znacznie wcześniej i w szerszym gronie! Tak, także w sieci. A obawy, że te dyskusje „wyciekną” uważam za absurdalne.

Po pierwsze żyjemy w erze mediów społecznościowych i to co ma „wyciec” i tak wycieknie, zapewniam.

Po drugie nie ma nic złego w dyskusjach programowych prowadzonych przez członków organizacji, więc nie wiem co miałoby „wyciec”.

Po trzecie po to między innymi mamy internet, by dyskutować nie bacząc na odległość czy godzinę. W ten sposób już 20 lat temu, w usenecie, na grupie pl.rec.harcerstwo toczyliśmy dyskusje harcerskie na setki tematów, co ukształtowało wiele moich harcerskich poglądów.

Chciałbym, aby ZHP przestało cierpieć na zjazdozę, która wykrzywia ideę zjazdów tak jak skolioza wykrzywia kręgosłup. Niech zjazdy będą rzeczywiście pełne rzeczowej dyskusji, ale przyjeżdżajmy na nie po dyskusjach w środowiskach, po dyskusjach w Radzie Naczelnej, a nie pracujmy w chaosie do późnych godzin nocnych – w ten sposób pokazujemy młodym instruktorom jak wygląda higiena pracy?

Na przełomie lat 90 i 00 walczyliśmy o zmiany w harcerstwie. Byliśmy trochę naiwni, myśląc, że to wszystko na pewno wina „starego pokolenia” i „betonu”, że wystarczy wpuścić nas, młodych i wszystko się uzdrowi. Tak, to była młodzieńcza naiwność, bo to wszystko nie jest takie proste. A jedno pokolenie harcerskich polityków zastępuje kolejne. Potrzebujemy zmian, ale gruntownych. Ale nie przygotowanych na kolanie w trakcie zjazdu. Przedyskutowanych, uzgodnionych, skonsultowanych.