To była pierwsza połowa lat 80tych, a dokładniej rok 1983. W Polsce działo się wiele spraw, ale ja – zupełnie nieświadomy rozgrywek politycznych – zajmowałem się odkrywaniem okolicznej budowy, konstrukcją kafara wbijającego pale na budowie kanalizacji i szukaniu kolejnego miejsca na “skryjówę” – wraz z moim najlepszym kumplem – Jędrkiem. W wolnym czasie zajmowaliśmy się chowaniem żyletek (do niczego nie były nam potrzebne, ale nie mogliśmy się nimi bawić, więc ich zbieranie miało w sobie coś konspiracyjnego) oraz zabawą w Mołodyj Chjemik – radzieckim zestawem chemicznym który posiadał Jędrek. Zabawa polegała głównie na podziwianiu probóweczki z cyjankiem. Wiedzieliśmy że jest trujący, więc nigdy go nie otwieraliśmy, ale fakt trzymania w ręku czegoś trującego był sam w sobie niesamowity. I tak oto płynął dzień za dniem – mieliśmy po kilka lat i niezbyt przejmowaliśmy się czymkolwiek.

I wtedy któregoś dnia przyszedł do nas nasz kumpel – Konopek. Konopek był naszym autorytetem z dwóch powodów. Po pierwsze był o rok starszy, co powodowało że jego wiedza na wszelkie tematy była niemal dwukrotnie większa od naszej, a po drugiej jego tata miał “stero”. Stero był magnetofonem z dwoma głośnikami – choć mnie wydawało się, że to stereo, to chłopaki byli pewnie, że to „stero”. Byłem najmłodszy, musiałem się podporządkować.

A więc Konopek stwierdził, że był ostatnio na zbiórce zuchowej i było tam całkiem fajnie. Daliśmy się namówić i… wsiąkliśmy na dobre. Co ciekawe, on nigdy nie poszedł na żadną zbiórkę i pewnie do dziś nie jest świadomy jak bardzo odmienił nasze życie.

To była jesień 1984 roku. Wiem, wiem dawno strasznie. Pocieszam się jednak tym, że pewnie w tym czasie, gdzieś na południe od mojego domu pewien Rafał K. zdobywał już stopień instruktorski, a gdzieś na zachodzie pewien Ryszard P. kończył zdobywanie harcmistrza 😉

Na samym początku dowiedzieliśmy się, że pani z burzą blond loków nazywa się Bożena i wcale nie jest Panią Bożeną, tylko Druhną Bożeną. To w sumie fajnie, bo nie wydawała się tak stara jak wszystkie panie nauczycielki. Do druhny mówiło się “druhno”, i czasami używało trzeciej osoby – choć nie wiedziałem jeszcze oczywiście co oznacza trzecia osoba. To trochę tak jak moja Mama zwracała się do swojego Taty – “czy Tata mógłby?”. Dziwne to trochę było, ale zbiórka bardzo nam się podobała, więc właściwie na wszystko się godziliśmy.

Otóż na zbiórce bawiliśmy się w sklep. A była to zabawa o niebo lepsza niż ta w domu, gdzie mogłem bawić się jedynie z moją siostrą. Na zbiórce w sklep bawiło się kilkanaście, a może nawet więcej osób. Dziś powiedziałbym, że był to istny supermarket, albo może raczej targ.

Do dyspozycji mieliśmy gotówkę, towary, wagę – słowem zabawa była przednia. Przednia na tyle, że zdecydowaliśmy się przyjść na kolejną zbiórkę. I następną. I właśnie na którejś z nich dostaliśmy pierwszą sprawność – sprzedawca. Sprawność musiała być na coś przyszyta,  pojawiła się potrzeba kupienia munduru. Mama powiedziała, że jeśli go kupi, to będę musiał zostać w harcerstwie na dłużej.

Wziąłem sobie to do serca. A mój zuchowy mundur mam do dziś.