Pierwsze dwie szanse na wyjazdy z zuchami po prostu przegapiłem. Kolonie w 1986 roku zupełnie przeszły obok – nawet nie myślałem o wyjeździe na nie, jak co roku pojechałem z rodzicami nad morze i na Mazury. Druga – Instytut Badań Zjawisk Niewyjaśnionych (rok 1987) była w zasięgu ręki. Niestety spóźniłem się z kartą kwalifikacyjną na spotkanie z dh Bożeną. Pomyliłem godziny, kiedy przyszedłem nikogo już nie było. Telefonu do niej przecież nie miałem, a i pomysłów na to co zrobić w głowie nie było. Dziś wydaje się to śmieszne (jeden sms by wystarczył), wtedy była to dla mnie ściana. Niestety 🙁

Tak więc na pierwsze kolonie pojechałem w roku 1988. Odbyły się one w Woskrzenicach koło Białej Podlaskiej. Plakietkę mam do tej pory!

Kolonia składała się z dwóch drużyn męskich i dwóch żeńskich. Z góry zaplanowano współpracę tych drużyn, niestety zupełnie no po naszej myśli. Otóż nasza drużyna – “Czonkowie” musiała współpracować (mieć wspólne zajęcia itp) z zupełnie nieznaną nam drużyną żeńską. “Nasze” dziewczyny (mieliśmy po 11 lat, ale powoli zaczynaliśmy rozglądać się za dziewczynami!) dostały się do drużyny mającej wspólne zajęcia z “Ajmarami”. Masakra!

Oprócz tego jednak wszystko było super. Obrzędowość, jak co poniektórzy domyślili się pewnie z nazw drużyn (warto dodać, że pojęcie “gromady” dotarło do nas o wiele później) przenosiła nas do Ameryki Południowej – byliśmy Indianami.

Ponieważ byliśmy już z Jędrkiem już dość “starzy”  (mieliśmy 11 lat, a po wakacjach szliśmy do 5 klasy) nie wierzyliśmy już we wszystko co mówiła druhna, wiedzieliśmy że to zabawa. Jednak dawaliśmy się ponieść fantazji i trochę w to chcieliśmy wierzyć. Jednocześnie – jak już pisałem – byliśmy zainteresowani dziewczynami.

Ja wiem, że większość podręczników pisze że nie, że w tym wieku to nic. Bzdura. Po prostu nikomu się o tym nie mówi! A na pewno dorosłym.

Tak więc w drużynie która nie miała okazji z nami mieć wspólnych zajęć znalazły się Ewa i Marta, które całkiem nam się podobały. Oczywiście brakowało mi śmiałości do czegokolwiek, ba do czego właściwie? Fajnie jednak było z nimi choćby pogadać. W jakichkolwiek przerwach, czy innych momentach pomiędzy oficjalnymi zajęciami.

Co jeszcze pamiętam? Nie aż tak dużo, ale jednak sporo. Pamiętam druhnę Basię i druha Wojtka którzy zarządzali całą kolonią. Pamiętam miętę którą serwowano zamiast herbaty. W sumie nie wiedziałem dlaczego – teraz już wiem, że to przecież schyłek komuny był.

Pamiętam scenę gdy razem z Jędrkiem obserwowaliśmy pewnego gościa przy stole obok. Jędrek miał skądś informacje że gość ten jest HARCMISTRZEM. Nie ogarnialiśmy kwestii stopni instruktorskich, ale brzmiało jakby był szefem wszystkich szefów. Szef harcerstwa! Przy stole obok.

Pamiętam punktację obozową. Druhna Asia naklejała kolorowe kółeczka na liście uczestników w naszym pokoju. Było kółeczko za porządek, kółeczka za inne sprawy. Nie miałem ich najwięcej, choć z tego co pamiętam Jędrek pod koniec załapał się do pierwszej trójki. Ja za to wygrałem w innej kategorii.

Otóż oprócz kółeczek można było dostać fluorescencyjny trójkącik. To punkty specjalne. Dostawało się je za różne, rzeczy, ale zazwyczaj wymagały one kreatywności. A z nią nigdy nie było u mnie problemów 🙂 Raz wpadłem na pomysł, aby udawać kosmitę (podczas zwiadu tropiącego kosmitów), kiedy indziej na inny pomysł. Było to o wiele ciekawsze niż sprzątanie i wypełnianie innych sztywnych wymagań 😀

Ale najważniejsza rzecz zdarzyła się dokładnie 8 sierpnia 1988 roku. 8.8.88. Ładna data prawda?

Otóż tego dnia zostałem PORWANY! Oczywiście na żarty. Któregoś dnia druhna Basia i druh Wojtek zabrali mnie i jedną z dziewczyn do swojej kanciapy. Dowiedzieliśmy się, że jesteśmy już dość dużymi zuchami i możemy wziąć udział w pewnym wydarzeniu. Otóż zostaniemy porwani – oczywiście na niby. Cała kolonia będzie w to wierzyła, my natomiast będziemy właśnie tu – w tej kanciapce. Przez jeden dzień – spoko.

Nie trzeba było informować rodziców, przecież nie było jeszcze komórek. Wyobraźcie sobie co działoby się dziś! Dziś połowa rodziców jeszcze tego samego dnia zabrałaby wszystkie dzieci z kolonii! Masakra 🙂

Wszyscy nas szukali, a my spokojnie graliśmy w pchełki i bierki w komendanckiej kanciapce i śmialiśmy się z tego, że wszyscy wierzą w nasze porwanie. Niestety niektórzy uwierzyli za mocno. Moja półtora roku młodsza siostra – z którą zazwyczaj jedynie się droczyłem, naprawdę bardzo się tym przejęła. To w sumie normalne, ale wtedy wydało mi się dziwne – przecież ciągle się bijemy i droczymy! Ona jednak płakała bez przerwy, w końcu po dwóch godzinach druh Wojtek przyprowadził ją do mnie. Rzuciła mi się w ramiona i powiedziała że bardzo się cieszy że to nieprawda. Oczywiście nie mogła nic nikomu powiedzieć. Zepsułaby całą zabawę!

W wyznaczonym momencie wyślizgnęliśmy się ze szkoły i poszliśmy na miejsce w którym mieliśmy zostać znalezieni. Prowadził nas prawdziwy Druh – harcerz! Przez całą drogę opowiadał jak fajnie jest na obozie harcerskim i czym bycie harcerzem różni się od bycia zuchem. Wtedy postanowiłem że na pewno będę harcerzem!

Kiedy cała kolonia nas odnalazła staliśmy się gwiazdami. W końcu przeżyliśmy porwanie przez kosmitów! Jędrek powiedział że do końca w to nie wierzył, w sumie mu się nie dziwię. Jednak nie byliśmy już małymi dziećmi!

Z kolonii pamiętam jeszcze odwiedziny rodziców. Tata przywiózł nam dwa rarytasy. Marta dostała puszkę 7UP z Pewexu, a ja wielki worek chrupek kukurydzianych. Tata właśnie otworzył zakład je produkujący (który później przekształcił się w producenta chrupek FLIPS) więc nie był to dla niego żaden koszt. Moje notowania natomiast natychmiast wzrosły. Wielki worek chrupek (sięgający do pasa) spowodował, że od razu wiele osób zechciało zostać moimi serdecznymi przyjaciółmi. Niesamowite 🙂 Chrupki stały się też automatycznie walutą obozową – za każdy zgubiony przedmiot który miała odzyskać nasza drużyna chciano… rogatywkę chrupek. Co zrobić? Losy drużyny zależały ode mnie.

Ciekawszą historię miała Marta i jej 7UP. Z przyczyn oczywistych nie mogła otworzyć go w dzień. Był na wagę złota, a nie dało się go spowrotem zamknąć. Schowała więc głęboko i poczekała na zapadnięcie nocy. Wtedy po cichutku (na ile się dało) zrobiła pssssssss i…… Nagle zaświeciło się kilka latarek wycelowanych w nią. “HA!”. Niestety. Dziewczyny były zbyt czujne. Trzeba było się podzielić!

Z kolonii wróciliśmy z kolejna gwiazdką – Marta pierwszą, ja drugą, Jędrek trzecią. Przed nami nowy rok a w nim… harcerstwo. Trochę nam było szkoda odchodzić, ale z drugiej strony ciekawość nas prawie zabijała!