Pamiętam moją pierwszą wizytę w Głównej Kwaterze. To był początek lat 90, ja byłem młodym harcerzem zdegustowanym jednym faktem. Okazało się, że ta GK wygląda jak biuro, a nie harcówka! A pracujący tam instruktorzy nie chodzą w mundurach i nie salutują sobie nawzajem. Skandal. Byłem też przekonany, że o Prawdziwym Harcerstwie to oni pojęcia nie mają. Ja oczywiście miałem. Heloł. Byłem też przekonany, że ludzie, którzy tu pracują zarabiają jakieś olbrzymie kwoty, a nie powinni, bo przecież harcerstwo robi się za darmo.

Wiecie, ja miałem jakieś 13 lat. Niestety mam czasem wrażenie, że nawet starsi harcerze, czy instruktorzy myślą podobnie. I o tych kwestiach chciałem dzisiaj napisać.

Nic nie umieją, nic nie rozumieją!

Jeśli miałbym wymienić największy bęben w który się wali myśląc o władzach centralnych, to byłby to właśnie bęben z tym napisem. To wydaje się dość oczywiste dla większości instruktorów „z dołu”. Jest nawet swoisty lans na instruktora „z dołu” i mówienie, że tam wyżej to już tylko beton i oderwanie od rzeczywistości. A jaka jest prawda?

Tak, instruktorzy „z dołu” są najważniejsi. To oni powinni być w tej całej strukturze ważności na górze i prawdę mówiąc do im się powinno salutować, a nie na odwrót 🙂 Bo to oni są najbliżej harcerzy, czyli najważniejszych osób w naszej organizacji. Ale ok, co z tym, że instruktorzy wyżej są oderwani od rzeczywistości?

Cóż, czasem tak jest. Nie oszukujmy się, od zawsze w harcerstwie było sporo osób, które trwały tu od lat, w sporym oderwaniu od pracy w środowiskach. Osób, które często nie poszły życiowo żadną ścieżką, które po prostu tkwią obiema nogami w „harctrixie”. Z różnych powodów. Czasem była to kasa – dla wieloletnich komendantów chorągwi, czy hufców to był wręcz styl życia. Niektórzy tkwili na tych stanowiskach całe dekady, zapominając zupełnie o wychowaniu następcy i konieczności przekazania funkcji komu innemu.

Kasa to oczywiście nie wszystko – przy naszym harcerskim blichtrze pełnym sznurów, defilad, apeli, niektórzy po prostu zaspokajali potrzeby innego rzędu. Władzy, bycia docenionym, czy sam nie wiem jakie. Jeśli działo się to z dobrym wynikiem dla dzieciaków – super. Gorzej, jeśli rzeczywiście balonik się urywał, a dany instruktor zaczynał rozgrywać różnego rodzaju gierki w stylu House of Cards.

Ale takie uogólnianie jest mocno krzywdzące. Nie raz i nie dwa byłem świadkiem gdy jakiś warszawski instruktor, chcąc się rozwijać, trafiał do Głównej Kwatery. U nas było to o tyle symptomatyczne, że po wieloletnim komendantowaniu chorągwią przez druha Kowalczyka, spora część instruktorów nie miała ochoty działać na tym szczeblu. Tak więc instruktor taki, pełen werwy i energii szedł do Głównej Kwatery, po czym… momentalnie zostawał przez „doły” nazwany biurokratą oderwanym od rzeczywistości. Tymczasem miał on z nią spory kontakt, ba, często nadal angażował się w swoim środowisku, był drużynowym, czy szczepowym. Ale to nieważne. Gieka = beton. Wiadomka. Oni nie znają prawdziwego harcerstwa!

Ja sam odczułem to na własnej skórze, gdy kilkanaście lat temu zabrałem się za reformę mundurową. Przyszedłem do naczelnika jako chłopak z hufca Praga Północ, który narzeka na mundury, usłyszałem „to zmień to”, na co odpowiedziałem „hold my… niech druh potrzyma mi menażkę” 😉 O tym obiecuję osobny tekst, teraz napiszę tylko, że naprawdę pomimo faktu, że byłam nadal drużynowym, instruktorem hufca, komendantem obozów, byłem od razu postrzegany jako ten, który jest oderwanym od rzeczywistości betonem.

Lata mijają, a ja nadal w dyskusjach w sieci, czytam opinie o zespole pracującym nad reformą metodyczną, że to harcerscy biurokraci, którzy nie mają pojęcia o rzeczywistości. Przez ludzi, którzy ich nie znają, którzy nie mają pojęcia o ich wiedzy, dokonaniach. O konsultacjach, które prowadzili i prowadzą.

Co więc robić? Cóż, nie ma łatwej odpowiedzi. Ważyć słowa. Sprawdzać. To nie jest tak, że każdy druh i druhna z GK, czy Rady Naczelnej to beton oderwany od rzeczywistości. Choć oczywiście tacy się zdarzają.

Ale zarabiają!

To zarzut, który pojawia się często. Zacznijmy  w ogóle od tego, czy instruktorzy powinni zarabiać pieniądze za swoją pracę. Przecież jesteśmy wolontariatem! Owszem i nie wyobrażam sobie drużynowego z wypłatą. Ale po prostu istnieją funkcje, które trzeba pełnić przez kilka godzin dziennie. Często więcej niż na normalnym etacie. A… z czegoś trzeba żyć, prawda? 🙂 Tak więc nie wyobrażam sobie sytuacji, że księgowa prowadząca harcerskie sprawy, a nawet komendanci pewnych szczebli nie dostają żadnej kasy, jeśli rzeczywiście pracują po kilka godzin dziennie. Bo to chyba oczywiste, że wtedy nie pracują gdzie indziej. Chyba, że uda im się pracować w nocy, a harcerskie funkcje pełnić w dzień, ale to chyba też niezbyt dobre dla higieny, work-life balance czy rozwoju życia osobistego, prawda?

Oczywiście to rodzi dużo pytań. Między innymi takie na którym szczeblu powinno się zarabiać, a także jaki powinien być stosunek osób zarabiających do wolontariuszy. I u nas ciągle dyskusję na ten temat odkłada się w czasie, bojąc się reform i ciężkich zmian.

W ZHP od lat odbywają się wybory na funkcje płatne. A to jest złe z kilku powodów. Po pierwsze tam, gdzie wchodzą pieniądze, tam zawsze może zrobić się nieczysto. Tak już jesteśmy zbudowani. Tak więc sporo komendantów już pod koniec swoich kadencji, wpływało w taki czy inny sposób na osoby mogące na nich głosować, prowadząc różnego rodzaju gry i gierki. Teraz jako ojciec i głowa rodziny rozumiem to z drugiej strony – to musi być słabe ryzykować swoją płatną posadę cyklicznie, co te 2, 3 czy 4 lata. Rozumiem, ale nie pochwalam, to nie powinno zupełnie tak wyglądać.

Powinniśmy mieć jasny rozdział jak w skautingu zachodnim od dawna – scout leaders i scouters. Wybrani wolontariusze oraz zatrudnianie przez nich płatni profesjonaliści. Także instruktorzy harcerscy, choć niekoniecznie. W wielu organizacjach funkcjonują właśnie takie dwa piony. Ten miękki, ochotniczy, nie pracujący codziennie po kilka godzin, pracujący gdzie indziej. Oraz ten zawodowy, wykonujący wszelkie czynności „dzień po dniu”, niekoniecznie zależny od kadencji. To moim zdaniem sytuacja o wiele „czystsza”, bardziej przejrzysta i przede wszystkim nie prowadząca do konfliktów władz na danym szczeblu, bo wtedy wiadomo kto jest nad kim.

Ale jakie pieniądze!

I ostatnia kwestia, którą chcę dziś poruszyć to wysokość wypłat. To zawsze rozpala wszelkie dyskusje, słyszałem głos jednej druhny, która powiedziała, że „podobno w GK można zarabiać nawet pięć tysięcy złotych!”. I choć nie chcę śmiać się z tej kwoty, bo dla wielu osób, to duża kwota, to chcę powiedzieć jasno – nie, ta kwota nie robi w dużych miastach dużego wrażenia. Tyle można zarobić pracując na kasie, czy będąc kierowcą autobusu.

Co to znaczy „zarabiać godnie?” To znaczy zarabiać tyle, by nie miało się przekonania, że traci się tu czas mogąc pracować gdzie indziej. Niektórzy oczywiście takie poczucie zawsze będa mieli, bo potencjalny dyrektor banku mogący zarabiać miesięcznie 30, 40 50 czy więcej tysięcy, raczej w ZHP tyle nie dostanie. Ale pewien punkt odniesienia powinniśmy mieć. Choćby do innych NGO. Wiecie dlaczego często w urzędach dzielnic, czy miast powstają słabe projekty reklamowe? Bo osoby, które mogłyby tam pracować i mieć genialne pomysły zostały wyciągnięte przez korporacje, czy agencje reklamowe i skuszone znacznie lepszą kasą.

Oczywiście nie wygramy kasą i to nie kasa powinna być główną motywacją do pełnienia funkcji płatnej w naszej organizacji. Ale gdy już ogarniemy jasny podział na wolontariuszy i pracowników płatnych, oraz ich miejsce w strukturze, to powinniśmy jasno zastanowić się nad tym, ile powinny zarabiać. Ja wiem, że w Polsce mało mówi się o wypłatach i to zawsze temat tabu, ale pamiętaj, że odniesienie do twoich doświadczeń może wcale nie mieć sensu i kwota, która ciebie szokuje może wcale nie być szokująca do osoby pracującej w finansach, marketingu, czy IT gdzie pensje często przekraczają 10 tys zł.

Ale znowu – czyściej i rozsądniej będzie, jeśli będziemy wiedzieć, że kasę tę zarabia nie osoba wybrana w głosowaniu, a osoba kompetentna, która wygrała choćby konkurs. Prawda?

Reasumując

Po pierwsze dążmy do tego, by „na górze” było jak najwięcej ludzi mających stały kontakt ze środowiskami. Po drugie rozdzielmy wreszcie jasno strukturę wolontariacką, wychowawczą, od struktury zawodowej. Wtedy będziemy mogli jasno zdefiniować ich pensje i stanowiska, tak aby tam pracowali naprawdę dobrzy ludzie.