Na początku były chusty. Z frędzelkami. Wyglądały tak dziwnie i tak nieharcersko, że od razu pomyśleliśmy o tych, którzy je noszą, że są festyniarzami. No bo takie frędzle? Co to, firanka? Albo rękawy. Odwinięte. Widział ktoś odwinięte rękawy? Przecież to beznadzieja. Jak u zuchów! Wiadomo było, że te właściwe to podwinięte do łokcia.

A potem… potem różnic było więcej. Znacznie więcej. Bo gdy wyściubiłem nos poza swoje środowisko i swój hufiec, okazało się, że każde środowisko ma swój pomysł na harcerstwo. I o ile rdzeń – Prawo Harcerskie, czy Metoda Harcerska jest niezmienny, o tyle wszystko co dobuduje się wokół niego może być inne. I jest inne.

Do tej pory pamiętam „moje harcerstwo”. Od ubiorów, które nam się podobały – bardziej trekkingowo, mniej trepowo, więcej polarów, mniej pałatek, przez piosenki które śpiewaliśmy, elementy leśno-puszczańskie zamiast twardego drylu wojskowego (wzorem Wigierczyków) i mnóstwo innych elementów. To plus milion innych elementów wydawało mi się słuszne, inne pomysły na harcerstwo traktowałem z dystansem – od lekkiego pokpiwania do – o zgrozo! – nawet lekkiej pogardy. Kolorowe festiwale kieleckie, obozy na bazach, nawet wkopywana pionierka (my robiliśmy niewkopywaną) wydawała mi się jednoznacznie gorsza. Wydawało mi się wtedy, że posiadam monopol na to jakie jest Prawdziwe Harcerstwo.

Ale wiecie co? Dorosłem. I gdy w okolicy trzydziestki dojrzewałem do decyzji o odejściu z ZHP, wiedziałem już, że trochę się wstydzę tej swojej przeszłości. Przeszłości w której fukałem choćby na skautów z UK, że są zbyt kolorowi, czy nieprzepełnieni drylem.

Powrót do ZHP po 8 latach to zerknięcie z zupełnie innej strony, to nabranie pewnego dystansu. To radość, że wiele się zmieniło, że wielu nietykalnych „harcerzy z zawodu” odeszło, ale także ogarnięcie, że wielu instruktorów mojego pokolenia, czy starszych zostało i niestety nieco stetryczało.

A harcerskie stetryczenie nie różni się zbytnio od tego nieharcerskiego i zazwyczaj zamyka się w „kiedyś to było” lub też „to wszystko idzie ku zagładzie”. A prawda jest taka, że to śpiewka stara jak świat i towarzysząca naszemu gatunkowi pewnie od zarania dziejów, a także starsza od krzesania ognia, nie mówiąc już o wynalezieniu koła. Wiadomo, kiedyś to były czasy, teraz to nie ma czasów. I dlatego u niektórych to młodzieńcze „wiem najlepiej” nie przechodzi wcale w „wiem, że nic nie wiem” a w jakieś poczucie posiadania jedynie słusznej recepty, wzmocnionej przez konflikt pokoleń.

Czasem gdy widzę sformułowania w stylu „harcerski styl”, „harcerski klimat” i tym podobne, zachodzę w głowę – kto i kiedy go zdefiniował? Kto i kiedy posiadł monopol na niego, a także umocowanie do tego, by te inne style deprecjonować? Ja robiłem to jako gniewny, nastoletni młokos, ale gdy widzę to w wykonaniu harcmistrzów myślę sobie – „o co tu chodzi”?

Bo ten nasz legendarny „harcerski klimat” jest często traktowany jak relikwia, jak coś, co przez osmozę wrosło w Metodę, bez czego harcerstwo nie może istnieć. Tymczasem mnie przypomina to taką rupieciarnię na strychu, której nie możemy posprzątać. A każdy przedmiot traktujemy jak relikwię. Bo czy rzeczywiście harcerstwo to zawsze i wszędzie ogień? Uwielbiałem zawsze ogień, nie tylko obrzędowo, stworzyliśmy środowiskiem Leśne Wampum gdzie ileś punktów oparte było o ogień, smażyliśmy na rozgrzanym kamieniu, ale równie dobrze działaliśmy w mieście, bez traperów na nogach, noża przy pasie, czy dźwięków gitary. Harcerstwo nie ma jednej twarzy, nie ma dwóch twarzy nawet, co doskonale pokazują choćby harcerskie specjalności. Jest Prawo Harcerskie i jest Metoda Harcerska. Jest Kodeks Instruktorski. Ale nie ma jednego, niezmiennego stylu, czy sznytu harcerstwa. Jesteśmy organizacją dużą, niejednorodną – zarówno programowo jak i wizerunkowo.

Bolało niektórych instruktorów, że dzieciaki wesoło skaczą pod sceną podczas zlotu ZHP w Gdańsku. Skakały tak samo jak w Gnieźnie 18 lat wcześniej, czy na różnego rodzaju harcerskich i turystycznych festiwalach lat 90, 80 czy 70. Bolało niektórych, że chodzą ubrani na kolorowo, czy „noszą dwie chusty na raz”. Czy to rzeczywiście jakieś straszliwe wykroczenia przeciw… no właśnie, przeciw czemu? Jedynie słusznej definicji harcerskiego stylu?

Sam jeździłem na obozu budowane w środku lasu. Budowaliśmy wszystko od zera podczas kwaterki i pionierki. Ale czy obozy na stanicach (z których oczywiście szesnastolatkiem będą nieco się śmiałem) rzeczywiście były na pewno gorsze WYCHOWAWCZO? Bo przecież tylko i wyłącznie przez ten pryzmat należy wszystko oceniać. Czy kolorowe obozy skautów innych krajów, na które tak często patrzy z góry część naszej kadry, są na pewno wychowawczo gorsze? A może to właśnie na części z nich dzieciaki uczą się lepszych wartości i umiejętności przygotowujących je do życia w XXI wieku, niż na części naszych „prawdziwych” gdzie wałkuje się nadawanie chorągiewkami i kolejny „bieg na dziurkę od krzyża”?

Jeździłem tez na duże imprezy skautowe, z zupełnie innym klimatem. Do schronisk, które nie przypominały naszych. I patrzyłem, uczyłem się tej inności, podziwiałem za to, co wydawało mi się lepsze, bo skromność i pokora pozwalają uczyć się od innych, a pycha każe tym gardzić.

Zlot to nie obóz drużyny. To zupełnie inna forma rządząca się swoimi prawami. Forma przecież nieobowiązkowa. Wiadomo, że bardziej masowa, co ma też swoje zalety. Ale mniej intymna, mniej tajemnicza, mniej leśna. Dlaczego więc styl i sznyt znany z leśnych obozów chcemy na siłę upychać w imprezę na kilkanaście tysięcy ludzi? Dla mnie taka impreza ma zupełnie inne zalety – pozwala dojrzeć różnorodność harcerstwa, poznać dziesiątki środowisk, odmienne zwyczaje, pozwala przewietrzyć stęchliznę harcówki, bo tak, bardzo często różne hermetyczne środowiska zbytnio kiszą się we własnym sosie. To możliwość uczestniczenia w zajęciach w których normalnie udział wziąć trudno, bo gdzie? To także koncerty – gdzie indziej można iść na koncert i szaleć pod sceną jedynie wśród ludzi w chustach? I tak, zlot taki pewnie będzie bardziej „jarmarczny” i nie będzie przypominał ogniska w lesie. Może to kwestia złych założeń i oczekiwań?

Nie musimy podczas wyjścia drużyną do teatru zamiast brawa śpiewać „to było fe, to było fe”, a wychodząc do restauracji wstawać i śpiewać obozowych piosenek do jedzenia. Tak jak nie musimy wtedy nosić traperów.

Bo to takie łatwe – zbudować twierdzę wokół własnych wspomnień, wyobrażeń, wokół własnej i jedynie słusznej wizji, a resztę wrzucić do jednego wora.

Ten tekst zakończę taką konstatacją – nie macie druhny i druhowie licencji na jedynie słuszny „harcerski styl” czy „harcerski klimat” bo taki nie istnieje. Istnieje wielka mozaika harcerskich stylów różnych środowisk, która jest częścią wielkiej skautowej mozaiki stylów. I nikt nie ma licencji na ten jedyny i właściwy.

Warto też pamiętać co jest realnie naszym rdzeniem, czy narzędziem wychowawczym, a co jedynie naroślą powstałą ze zlepku wspomnień i wyobrażeń. Która nie służy niczemu poza wymahiwaniem laseczką i gromkim „teraz to już nie to samo!”.

To prawda. Nie to samo. I całe szczęście. Słabo by było, gdyby na potrzeby roku 2018 odpowiadało ZHP 1990, ZHP 1975, czy ZHP 1918.

P.S. A kwestii głębszej, czyli wychowawczej poświęcę osobny tekst, bo to zupełnie inna bajka.