Są w życiu pewne wydarzenia, które wpływają na całe twoje życie. Takie, które wydają się niepozorne, ale gdy patrzysz na nie po latach, to myślisz sobie, że to wręcz śmieszne iż stały się kamieniami milowymi. Jedno z nich jest w moim życiu kamieniem milowym wielkości całego stonehenge. Choć wtedy wydawało się malutkim kamykiem.

Zanim jednak je opiszę chciałbym was prosić o chwilę cierpliwości i przezwyciężenie oporów czy innych sterotypów, które być może pozostały Wam z dzieciństwa.

Jędrek wpadł jak zwykle bez uprzedzenia – mieszkaliśmy blisko, siebie a komórek i internetu jeszcze nie było. „Ej, Konopek mówi, że w szkole jest coś fajnego”. Miałem wtedy 7 lat, ale rodzice nie wymagali jeszcze meldowania się co 5 sekund smsem, więc pozwolili mi pójść. Zresztą – oni wiedzieli co to jest. Ja nie miałem pojęcia. Bawiliśmy się w sklep – była jakaś pani, która kazała nazywać się druhną i mnóstwo innych dzieciaków. Na prawdę super. Co prawda Konopek już nigdy nie przyszedł więcej i pewnie nie do końca wie jak bardzo zmienił moje życie, ale ja… zostałem. Na dobre… 20 lat. Serio.

Tak, byłem harcerzem. Od małego zuszka, który zdobył swoję pierwszą gwiazdkę, przez podzastępowego, drużynowego, i wiele innych szczebli, aż po Komisarza Zagranicznego ZHP i kandydata na członka zarządu całego ZHP odpowiedzialnego za wizerunek. Nie będę was jednak nudził swoimi przygodami ani tym co przeżyłem. Po prostu – sorry – i tak byście z tego wiele nie zrozumieli. Dlatego, że po prostu nie bylbym chyba w stanie przekazać tego słowami. Dość wspomnieć, że przez tą lwią część mego życia, gdy rówieśnicy siedzieli w domach, a potem regularnie imprezowali, mnie zdarzało się przmierzać pieszo Polskę, spać na sianie i na drzewie, jeść mięso smażone na gorącym kamieniu, stawiać tipi i drewnianą chatę w której mieszkaliśmy, prowadzić obozy wędrowne i żeglarskie, rozpalać ogień tarciem dwóch kawałków drzewa i robić ileś innych, ciekawych rzeczy. Ale to wszystko przecież nie będzie mi w życiu tak bardzo przydatne, right? Tak i nie.

Rzeczy których nauczyłem się w harcerstwie nie wyniósłbym z innego miejsca. Nie narzekam zupełnie na dom i rodziców, ale to grupa rówieśnicza ma przez pewien okres w życiu największy wpływ na to kim będziesz i co potrafisz. Szkoła? O tym może nie mówmy, bo jej rola wychowawcza to jakaś pomyłka. Co więc konkretnie dało mi harcerstwo? Dzielę to na 3 części.

1. Umiejętności twarde

Może w większości nieprzydatne aż tak bardzo. Ale jednak. Od wbijania gwoździ i majsterkowania, przez wszystko co związane z turystyką – od pakowania plecaka i łażenia po górach, przez umiejętności survivalowe. Kumpel mówi, że w trakcie najbliższej wojny nuklearnej on stawia się pod moim domem i wyczekuje co ma robić, bo przy mnie sobie poradzi 🙂 Gram na gitarze i harmonijce, zdarzało mi się występować na festiwalach. Mam patent żeglarza, mam papiery ratownika WOPR. Uprawnienia kierownika placówek wypoczynku i ratownika medycznego.

2. Umiejętności miękkie

Te były najważniejsze, choć z nich nie zdawałem sobie sprawy. Wiecie, że kiedyś byłem nieśmiały? Jestem jaki jestem, bo od podstawówki uczyłem się występować przed ludźmi – nawet kilkudziesięcioma. Teraz nie stresuje mnie występ nawet przed dwoma tysiącami, a takie się zdarzały.

Prowadziłem projekty – od małych na kilka osób, po takie które wymagały konsultacji z kilkuset osobami. Czuję się w teamach jak ryba w wodzie. Właściwie małe grupy to moje naturalne środowisko.

Zarządzałem kryzysami. Takimi, gdy trzeba było zwinąć nagle namioty o 2 w nocy i dowodzić grupą ludzi która to robi. Bo postawiliśmy je w złym miejscu, a szła ulewa. Tak, kryzysy są mi niestraszne. Nie denerwuję się.

Uczyłem się pracować z ludźmi. Ci którzy ze mną pracowali wiedzą dobrze jak ważne jest dla mnie nastawienie na ludzi i ich motywowanie. Trudno żeby nie było. Przez wiele lat musiałem motywować swoich harcerzy do pracy. Nie mając dla nich żadnych pieniędzy rzecz jasna.

Wychowałem kilka pokoleń. Oj wiem, wiem, brzmi górnolotnie. Ale prawda jest taka, że chyba udało mi się włożyć cokolwiek do głów choć kilku osobom, choć w sumie przez drużyny które prowadziłem przeszło kilkadziesiąt. Może ktoś z nich nawet przeczyta tę notkę 🙂 Wiele mnie to nauczyło i też odmłodziło – roczniki 84 i okolice wydają się być mi bliższe niż mój własny 🙂 Może nie zapomnę tego do czasu, gdy moje dzieciaki będą miały te naście lat…

To tu… nauczyłem się Social Media! W jakimś 2002 roku. Gdy Zuckerberg stawiał Facebooka, ja budowałem społecznościową stronę mojego hufca – z profilami, newsfeedem i badgami. Serio.

To tu nauczyłem się kształtować wizerunek. Było co robić. To chyba najbardziej zaniedbana organizacja pod tym kątem – ever. Z wizerunkiem wesoło hopsających po lesie abstynentów. Albo wręcz „harcerz pije i pali, żeby go nie złapali” i innye oldskulowe grypsy. Tworzyłem plany i strategie, analizowałem, próbowałem wdrażać. Potem wdrażałem. Wspólnie z zespołem kierowaliśmy zmianą skłądnicy harcerskiej w nowoczesny sklep outdoorowy. To tu powstało wiele moich teorii dotyczących wizerunku które przekuwam na prezentacje dziś. Serio.

To tu nauczyłem się mieć w dupie tych których mam mieć w dupie. To oczywiste, że wszyscy się z nas śmiali. Zawsze tak było. Harcerstwo nigdy nie było cool. Trzeba było w sobie wychować trochę noonkonformisty, aby przetrwać. I bardzo dobrze. Śmiałem się z tych smutnych ludzi czekających tylko na wieczór, żeby się nawalić. Ja w tym czasie pochłaniałem wiedzę o tym, jak pokryć dach trzciną, żeby nie przemiękał, albo jak postawić indiański szałas pary. Czułem, że to co robię ma sens.

Hejt na blogerów? BITCH, PLEASE. Obsługuje go jedną nogą, jedząc w tym czasie kolację ;))

Brałem udział w międzynarodowych konferencjach skautowych. Międzynarodowe środowisko nie jest dla mnie niczym nadzwyczajnym.

I to wreszcie tu zakochałem się w koszulkach. Tu je robiłem, tu je projektowałem i obserwowałem jak inni je noszą. Czym to zaskutkowało nie muszę chyba nikomu mówić 🙂

Kiedy patrzę jak dzisiesza młodzież wchodząca na rynek pracy narzeka że nie ma co wpisać do CV to się z nich trochę śmieje. Ja pierwsze poważne CV zbudowałem na tym co robiłem w harcerstwie. I zostałem przyjęty bez mrugnięcia okiem.

3. Wartości

Ale to wszystko stoi na podnóżu piramidy. Wartościach. Te oczywiście wyniosłem z domu, ale… jak już mówiłem to grupa rówieśnicza i wolny czas kształtuje cię w równie dużej mierze. Tak więc jestem lojalny do granic możliwości i nie wyobrażam sobie, abym mógł chamsko oszukać pracodawcę, czy wspólnika. Moje słowo ma dla mnie olbrzymią wartość. Uwielbiam przyrodę i jestem w stanie eksterminować osoby, które ją niszczą. Pomagam innym. Za darmo. Uważam to za coś zupełnie normalnego. I przede wszystkim nie trace pogody ducha. Nigdy. Bo „skaut śmieje się i gwiżdże w każdej sytuacji” jak to powiedział kiedyś założyciel tego ruchu.

Najważniejsi są dla mnie ludzie. Spotkałem ich na swojej drodze tysiące. Staram się pamiętać o każdym z nich. Nie zapominam, nie wyrzucam nic z głowy. Pamiętam epizody sprzed wielu, wielu lat. Jeśli się kiedyś poznaliśmy to jest spora szansa, że Cię pamiętam.

A na koniec. To właśnie w harcerstwie, dokładnie w Dzień Myśli Braterskiej który wypada 22 lutego, poznałem swoją obecną żonę. Coś więcej? 🙂

Jestem absolwentem Szkoły Życia. Nie było zawsze kolorowo, ale była to największa przygoda mojego życia, do której może – kiedyś, kiedyś, wrócę*. Choć na chwilę. Gdy dzieciaki dorosną. Bo czasem strasznie mi tego brakuje.

A Ty czytelniku, który masz może w głowie stereotypowy obraz tej organizacji – bo tak, bo przyszedłeś na zbiórkę i kazali ci robić pompki i wymiękłeś, bo coś tam, zastanów się nieco. Ja świadczę swoim słowem. I nie wstydzę się tego.

Scout and proud.

(EDIT 2017: Wróciłem 😉