A więc wróciłem.

Wyjąłem z szafy mundur, wyprasowałem chustę, znalazłem spodnie mundurowe, opłaciłem składki. Hufiec przyjął mnie z otwartymi ramionami, komisja stopni potwierdziła, że jestem mistrzem harców. Poczułem w nozdrzach woń ogniska, usłyszałem chrzęst łamanych pod nogami gałązek, poczułem chłód i wilgoć wiejące wieczorem znad jeziora. Ale… ale po co?
Odszedłem 8 lat temu z myślą zdobycia życiowych sprawności. Wracam z tarczą. Żona, dwie firmy, trójka dzieci. Udowodniłem sobie, że nie tkwię w harctrixie.
A pracy przecież jeszcze dużo. Organizacja zawsze potrzebowała rąk do pracy, szczególnie takich, za którymi stoi mózg z jakimiś doświadczeniami, nie tylko harcerskimi.
Czy nie za późno? Bzdura. Gdy BP organizował obóz na wyspie Brownsea, miał 50 lat! Ważne by być młodym duchem, z tym nigdy problemu nie miałem.
Owszem, nie chcę na siłę pchać się tam, gdzie pójść mogą młodzi, ale służyć im radą, doświadczeniem, czymkolwiek.

A, że przez czas mojej hibernacji mocno zżyłem się z blogowaniem, postanowiłem stworzyć miejsce, gdzie będe przelewał moje harcerskie myśli. Nie na głównym blogu, bo tam większość tego nie skuma. Chcę pisać o tym co było, choćby miały to być legendy z ubiegłego wieku. O tym co jest teraz, co kłębi mi się w głowie. O tym jakbym widział ten ruch w przyszłości.
Bo myśli mam dużo – wystarczyło jedno sztachnięcie się dymem z ogniska na zlocie hufca, bym porzucił wszelkie obawy.

Jeszcze nie czas, by gitary spały na dnie szaf!